Home
Keep your paws off my...
Księga strachu 1 – Antologia, cz. 1 

Advertisement

Customize
24th-Feb-2008 01:36 pm
bookworm
Przesympatycznie czytało mi się opowiadania z Księgi strachu w pociągu, przy akompaniamencie miarowego stukotu kół. Nawet nie zauważyłam, kiedy droga minęła i trzeba było wysiadać. Co chyba widać po tym, co poniżej. Zapraszam do dyskusji!
Magd.

Aby zapanować nad człowiekiem, trzeba sprawić, by zaczął się bać.
Paulo Coelho, Demon i panna Prym





Ewa Białołęcka – Drzwi do...

To jest COŚ. Z punktu widzenia osoby, która za dużo się w życiu horrorów i grozy nie naczytała, bo po prostu nie przepada za tego typu literaturą, to jest naprawdę COŚ. Mówi się, że dobre opowiadanie grozy można napisać opierając się na jednym, prostym elemencie – i tutaj tak właśnie jest. Drzwi. Namalowane na ścianie, pokolorowane dłonią Piotra. I przywołane do życia jednym ruchem ręki. Drzwi do… no właśnie, gdzie ląduje nasz bohater? Ląduje w świecie niesamowitym, wypełnionym postaciami i miejscami, które bohatera całkowicie zaskakują. A i z wydostaniem się nie jest łatwo.

Niesamowitą atmosferę podkreśla KOT – skądinąd milusie zwierzątko, tutaj jednak w wersji czerwonej (w pamięci wciąż tkwi mi tapeta z kotem przygotowana przez autorkę… dostępna na stronie wydawnictwa).

I zakończenie. Przyznam szczerze, że mnie zaskoczyło – chociaż może właśnie czegoś takiego trzeba było się spodziewać. Nagle historia Piotra się ucina i autorka przenosi nas na początek opowiadania. Deja vu? Niekoniecznie. Bohaterowie w końcu nowi, no i drzwi na ścianie domalowane prawie do końca. A w drzwiach KOT.

Przepłynęłam przez opowiadanie, zachwyciłam się treścią, stylem i ogromem nawiązań – od obrazów po karty Tarota. Dotarłam do końca, po czym wróciłam i przeczytałam jeszcze raz. Z pewnością nie ostatni.
WERDYKT: DUŻY PLUSIK


Jakub Ćwiek – Krew na ich rękach

Podchodziłam do tego opowiadania jak pies do jeża. Nie przepadam za wojennymi klimatami, ot co. Ale kiedy już się zagłębiłam się w opowieść Pelfreya, nie mogłam się oderwać aż do ostatniej linijki. Autor dawkuje napięcie – poznajemy najpierw współwalczących głównego bohatera – i mimo że wciąż czuć, że autor opisuje wojnę – i to jednak opis historii Kochasia i jego żon przywołuje uśmiech na usta. Kiedy jednak kończy opowieść i jointy, poznajemy drugą twarz historii i złudzenia pękają jak bańka mydlana.

Wraz z głównym bohaterem docieramy na patrol, wraz z nim podążamy prosto w pułapkę, wraz z nim przeciskamy się przez tunele, które przemierza za chłopcem, małym żółtkiem.

„To brudna wojna, Dylan. Pełna zwyrodniałych świrów i takich pojebanych historii”


Taki też jest język tej historii. Ostry i brutalny.
Zakończenie – również ma w sobie COŚ. I mimo moich początkowych wątpliwości, brutalności tekstu i tematyki, ten tekst prawdziwie mnie urzekł.
WERDYKT: PLUSIK

Maciej Guzek – Adwent

Moje uczucia co do tego tekstu są niczym bondowskie martini – wstrząśnięte i nie zmieszane. No, może odrobinkę wymieszane.

Przede wszystkim POMYSŁ. Jest obecny. I widać, że autor to opowiadanie przemyślał, od A do Z, od pierwszego słowa do ostatniej linijki. Trochę za wcześnie zaczęłam przewidywać – i to trafnie – jak to się skończy, no i grozę diabli wzięli i ponieśli na koniec świata, chociaż przyjemności z czytania nie odebrali. A może i do tego odnosi się tytuł?

Jako absolutna maniaczka psychologii i ludzkiej duszy pochłonęłam opowiadanie w tempie wręcz ekspresowym. Tym bardziej, że kolejne elementy układanki dostajemy do ręki wraz z głównym bohaterem – nie wcześniej. Dzięki czemu sami możemy pogłówkować nad rozwiązaniem. I zastanowić się nad tym dlaczego ci ludzie zaczęli się tak zachowywać i co spowodowało tę masakrę.

Jak dla mnie to opowiadanie jest bardzo ciekawą wariacją na temat eksperymentów profesora Zimbardo i opisanego przez niego efektu Lucyfera. Tutaj jednak bohater poszedł dalej, niż Zimbardo w swoim eksperymencie – już nie mamy jedynie więźniów i strażników – grupy „trzymającej władzę” i „szaraczków” – ale oprócz tego rozszerzył wachlarz ról o Ubu.
Tekst pod względem psychologicznym świetny w każdym calu, chociaż chwilami się dłuży. Gdyby było odrobinkę krótsze w niektórych miejscach, dostalibyśmy do rąk ideał. Przeczytałam z ogromną przyjemnością.
WERDYKT: DUŻY PLUSIK

Witold Jabłoński – Bracia Strachy

Ach mój słodki Walentynie…

Co opowiadanie, to perełka. A zaczyna się tak niewinnie – przygotowaniami do imieninowo-walentynkowej kolacji we dwoje. Dalej autor kreśli w zgrabny sposób bardzo aktualną można powiedzieć satyrę polityczną, choć chwilami jest nieco zbyt łopatologiczny (vide Lechosław i tytułowi bracia).

Lokal „Nekropolo” można zapewne znaleźć w każdym mieście – lokal, który ma drugie dno. Gdy tak się czyta o tym drygim dnie, i nie tylko o drygim dnie klubu, ale ogólnie o życiu w Mieście, włos się jeży na głowie – zwłaszcza kiedy na myśl przyjdą niedawne rządy…
Hstopira poszukiwań spóźnionej Kamili jeszcze potęguje grozę i mimo pozytywnego zakończenia poczułam się po przeczytaniu tego opowiadania tak, jakby ktoś porządnie pacnął mnie czymś bez łeb. Serio. Do tego opowiadania też będę wracać, bo z pewnością na to zasługuje.
WERDYKT: PLUSIK

Aleksandra Janusz – Ciasteczko dla Lorelei

Bez dwóch zdań – cudo. Autorka zaserwowała nam naprawdę miodne opowiadanie grozy, podobnie jak w „Drzwiach do…” bazujące na jednym leemencie. Tam były to drzwi – tutaj mamy egzotyczne zwierzątko. Elfa.

Na początku wszystko jest pięknie i ślicznie – dopóki Wrózia śpiewa. Uspokaja. Poprawia nastrój, koncentrację, problemy rozwiązują się same.
I dopóki nie je mięsa.
Przekonuje się o tym boleśnie człowiek, który sam stworzył modę na te stworzenia. Zaczynając od dnia, kiedy jego Lorelei ugryzła go w palec i nie zaśpiewała mu na pożegnanie, zanim wyszedł do pracy. Zupełniej akby ktoś przemocą ściągnął mu z nosa różowe okulary.

„Poczuł się jakoś niewyraźnie. Dziś, kiedy patrzył na świat bez różowych okularów, to wszystko po prostu nie było normalne.”


Przerażenie czytelnika wzrasta z każdą kolejną stroną – bez dwóch zdań. Ale – czy tak naprawdę horror kończy się wraz z kończem opowiadania? Mam co do tego spore wątpliwości.
Opowiadanie pochłonęłam nieomal jednym tchem. Wciąga, trzyma w napięciu do ostatniej kropki. Jestem pod ogromnym wrażeniem.
I na koniec taka luźna refleksja… w dzisiejszych czasach naprawdę można sprzedać wszystko… nawet krwiożercze zwierzątka.
WERDYKT: DUŻY PLUSIK

Mariusz Kaszyński – Przerwana lekcja
I znów dostajemy porządny, dopracowany tekst. Od samego początku – w zasadzie od pierwszej strony – autor daje nam do ręki niezłą zagwozdkę, motywując do czytania.

Ileana Ionete – nauczycielka rumuńskiego – zasłabła w czasie tytułowej przerwanej lekcji. A uczniowie… no właśnie.
Bo to opowiadanie tak naprawdę nie mówi o nauczycielce – chociaż jej postać przewija się przez cały tekst – ale o jej uczniach.
O ośmiu osobach z grupy rumuńskiego.
O przerażeniu.
O kartce na plecach.
Tak, strachu i grozy jest tu co niemiara, nie da się ukryć. Opowiadanie mrozi krew w żyłach – z jednej strony bałam się dowiedzieć, co będzie dalej, ale z drugiej – zupełnie nie mogłam się od niego oderwać. Autorowi należą się brawa.
WERDYKT: PLUSIK

RAZEM: 6/6
No proszę, tego się nie spodziewałam xD

Advertisement

Customize
This page was loaded Nov 29th 2009, 9:08 am GMT.