Home
Keep your paws off my...
T: Razem z Danger [1] 

Advertisement

Customize
16th-Jan-2007 08:31 pm
mhrrrrr
Sorry, no art today! Today I'd like to present you all the first chapter of my translation of a fabulous fic by whydoyouneedtoknow entitled Living with Danger, part one of the Dangerverse. If you haven't read it yet, go and do it know. It's truly great. Or, if you do speak Polish, click below to read it here :) Translation thanx to the courtesy of whydoyouneedtoknow, who granted me permission to translate her story. Thank you so much, Anne!

Happy reading!

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Tłumaczenie ff-ku zatytułowanego Living with Danger, autorstwa whydoyouneedtoknow. Jest to pierwsza część Dangerverse.
Zgoda autorki: jest, za co jestem jej niezmiernie wdzięczna.

Miłej lektury!



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Bety: [info]ishonn i Verity

Chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na jedną rzecz: słowo "danger" zawarte w tytule ma tutaj podwójne znaczenie. Po pierwsze jest to przezwisko jednej z bohaterek, po drugie - w języku angielskim oznacza groźbę, niebezpieczeństwo. Mimo dużego wysiłu i czasochłonnego myślenia nad oddaniem tej gry słów w języku polskim nie udało mi się niczego wymyślić. Zdaję sobie sprawę, że jest to w pewnym sensie moja porażka jako tłumaczki, ale wytłumaczyć się musiałam z takiej a nie innej decyzji. Co też łatwe nie było.

Autorka zarzeka się, że stara się unikać Maryśki Zuzanny. Jak jej to wyszło - ocenicie sami.


Rozdział 1: Surrey, 15 marca 1982

Wszystkiego najlepszego z okazji cholernych urodzin.

Mam 23 lata i nic, dla czego warto byłoby żyć.


Przechodząca obok niego kobieta rzuciła monetę pod jego stopy, biorąc go za bezdomnego. Chciał zawołać za nią, ale po namyśle zrezygnował.

A niech tam. 50 pensów to zawsze 50 pensów.

Podniósł monetę i schował ją do kieszeni.

Rok temu miałem przyjaciół. Miałem coś, co można było nazwać rodziną. Miałem pracę – była niebezpieczna, jasne, ale co nie jest? Moje życie miało sens.

I nagle, w przeciągu dwóch dni, koniec. Wszystko się zawaliło. Trzy ukochane przeze mnie osoby nie żyją. Kolejna okazała się zdrajcą i została zamknięta w Azkabanie. A ostatnia ukryta tam, gdzie jej nikt nie znajdzie.

Nikt, łącznie ze mną.


Wpatrywał się w nagie gałęzie drzewa na tle zachmurzonego nieba.

Po co zawracam sobie głowę?

Jutro tuż przed zachodem słońca zawiadomię władze, że na mojej posesji znajduje się zwierzę chore na wściekliznę. I zostawię otwarte drzwi.

Koniec problemu.

Koniec wszystkiego.


~~oOo~~


To zdecydowanie nie był najlepszy dzień Remusa Lupina.

Jednak przeznaczenie, zgodnie ze swym zwyczajem, miało dla niego niespodziankę.

~~oOo~~


Kiedy już podjął decyzję, poczuł się trochę lepiej. Podniósł się i rozejrzał wokół. Dwoje malutkich dzieci opatulonych w płaszczyki z kapturami ganiało się dookoła pobliskiej huśtawki, śmiejąc się przy tym na cały głos. Niedaleko siedziała na ławce młoda kobieta z książką w ręku.

Są takie małe. Nie mogą mieć więcej niż dwa lata. Może i nawet mniej.

Tak jak Harry.


Jego serce zabiło boleśnie. Nikt mu nie powiedział, gdzie chłopiec przebywa. Oficjalnie mówiono, że będzie lepiej, jeśli Harry będzie wychowywany przez mugoli, bez kontaktu ze światem czarodziejów, nie wiedząc, że jest sławnym bohaterem. Ale Remus wiedział swoje.

Boją się mnie. Boją się, że będę próbował go zabrać i stracę kontrolę którejś nocy, i ugryzę go, albo nawet zabiję. I co najgorsze, w obu przypadkach mają rację. Zabrałbym go od razu. I nie ma gwarancji, że byłby ze mną bezpieczny.

Westchnął, kiedy krzyki dochodzące z placu zabaw stawały się coraz głośniejsze. Nie, lepiej będzie jak dam sobie z tym spokój. Na pewno jest szczęśliwy tam, gdzie teraz przebywa.

Gdziekolwiek to jest.


– Neenie, nie! – krzyknęła kobieta na jedno z dzieci. Nie wiadomo było na które, ponieważ ich twarze zakryte były kapturami. – Żadnego przepychania! Baw się grzecznie z Harrym!

Remus wyprostował się, wyostrzając wszystkie zmysły. O mój Boże.

Zmusił się do zachowania spokoju. Nie, to niemożliwe. To musi być przypadek. To jest przecież dość popularne imię…

Ale i tak zaczął się nad tym zastanawiać, nie był w stanie się powstrzymać.

Lily miała siostrę mugolkę. O ile dobrze pamiętam, nazywała się Petunia. Całkiem możliwe, że Harry jest teraz z nią. Poświęcenie Lily na pewno zostawiło ślady magii krwi. Jeśli istnieje osoba, która mogłaby wzmocnić tę magię, na pewno jest to Dumbledore. Czyli najbardziej bezpiecznym miejscem dla Harry'ego byłby dom jego ciotki.

Prawdopodobnie. Chciałbym tylko ufać tej siostrze Lily. Z tego, co pamiętam, nie miała dobrego zdania o magii. Ani o Lily.

Ale nie skrzywdziłaby dziecka. Prawda?

Muszę się dowiedzieć, gdzie mieszka. Jeżeli Harry'ego nie ma u niej, może wie, gdzie przebywa… Wydaje mi się, że mieszkała gdzieś w Surrey, od tego mogę zacząć…


Jedno z dzieci popchnęło drugie na ziemię. To przewrócone zaczęło płakać.

– No już dobrze, skarbie – szepnęła kobieta, podbiegłszy do dziecka. – Nie płacz, Zielone Oczko, to tylko mały guz, prawda?

Zielone Oczko? O Boże...

Remus bezwiednie wstał z miejsca, gdy kobieta zdjęła dziecku kaptur, odsłaniając czarne, potargane włosy i błyszczące zielone oczy na zalanej łzami twarzyczce.

Twarz Jamesa. I oczy Lily.

Pobiegł do dziecka, nie mogąc się powstrzymać, chociaż wiedział, że musi wyglądać jak szaleniec. Nic go to jednak nie obchodziło…

– Lunyk! – pisnął chłopiec. Jego twarz rozjaśniła się, po czym Harry podniósł ręce w geście „podnieś mnie”. Remus chwycił go i przytulił mocno, rozkoszując się dotykiem jego ramion na swojej szyi, zapachem włosów i skóry chłopca i uczuciem bliskości osoby, na której tak bardzo mu zależało.

I już nigdy nie pozwolę mu odejść…

Nagle zorientował się, że ta młoda kobieta wpatruje się w niego. Oczywiście, że się patrzy, zapewne jest matką zastępczą, albo jego ciotką czy coś i chce wiedzieć, co do diaska robię!

– Bardzo mi przykro – zaczął, odwracając się do niej z Harrym szczebioczącym wesoło w jego ramionach. – Byłem przyjacielem ojca Harry’ego ze szkolnych czasów, nie widziałem go tak długo…

– Wyszłam za ciebie za mąż wczoraj w nocy – szepnęła.

– Co?

Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia.

– O mój Boże. O mój Boże. Ja tego nie powiedziałam na głos. Nie powiedziałam. Nie. Nie na głos. Nie powiedziałam, prawda?

– Owszem, powiedziałaś.

– O mój Boże. Tak mi przykro. Co za początek rozmowy… Możemy zacząć jeszcze raz?

– Z miłą chęcią – powiedział Remus, przyglądając się jej dokładniej. Miała kręcone brązowe włosy, dokładnie tak jak dziewczynka, która przytulała się do jej spodni i obserwowała go z uwagą. Cały efekt niszczył jednak kciuk tkwiący w jej buzi. Dziewczynka była rozkoszna, zdecydował, a kobieta raczej urocza … Miała w sobie coś z mola książkowego.

– Śniłam wczoraj o tobie – powiedziała, odzyskując panowanie nad sobą. – Mimo że, o ile mi wiadomo, nigdy się nie spotkaliśmy na jawie. Mam rację?

– Wydaje mi się, że bym pamiętał, gdybym cię spotkał, panno…

– Och, przepraszam. Proszę, mów do mnie Danger. To moje przezwisko, reaguję na nie szybciej niż na cokolwiek innego.

– Skoro jesteśmy przy przezwiskach, jestem Lunatyk. – Przełożył Harry’ego na swoje lewe ramię, po czym uścisnęli sobie dłonie.

– Czyli to tak cię nazwał Harry? Zastanawiałam się... – Danger uśmiechnęła się krzywo i schyliła się do dziewczynki. – Neenie, to jest pan Lunatyk. – Wyprostowała się. – Moja siostra, Neenie.

– Witaj, Neenie – powiedział Remus, uśmiechając się do niej. Neenie machnęła mu tą ręką, która nie była częściowo w jej ustach. – Twoja siostra?

– Wiem, duża różnica wieku, wszyscy myślą, że jest moim dzieckiem, ale nie, to tylko moja siostra...

– Skąd znasz Harry’ego? – spytał Remus, siadając na ławce, podczas gdy chłopiec przytulił się do niego.

– Mieszka parę domów dalej, ze swoją ciotką i wujem. Mówiłeś, że byłeś przyjacielem jego ojca?

– Tak.

– Mogę zatem spytać?

– Co stało się z jego rodzicami?

– Tak.

Remus wziął głęboki oddech, czując ciężar ciała Harry’ego na swoim ramieniu. Wszystkie koszmary z ostatnich sześciu miesięcy powróciły, zaczynając od chwili, gdy o tym usłyszał, i to nie od kogoś kogo znał, ani kogoś z Zakonu. Nie, to była jakaś obca czarownica, wykrzyczała to na ulicy…

– Zostali zamordowani – powiedział. – Zdradzeni przez przyjaciela i zabici przez szaleńca.

– A jego matka rzuciła się przed niego, żeby go uratować – mruknęła Danger, jakby do siebie. – Błysk zielonego światła i świszczący dźwięk, jak śmierć na niewidzialnych skrzydłach…

Remus przypatrywał się jej.

– Skąd o tym wiesz? – zapytał stanowczo.

Spojrzała mu prosto w oczy. Remus zobaczył coś, czego nigdy wcześniej nie widział – ból, żal, poczucie straty, było tam wszystko to, co sam odczuwał.

– Wyśniłam to – powiedziała miękko. – Śniłam o tym wszystkim. Ty, on, a teraz to. Powiedz mi coś, proszę, powiedz mi prawdę.

– Powiem, jeżeli będę mógł.

– Czy magia istnieje? Bo śniłam o magii kiedy śniłam o tobie, a ty jesteś prawdziwy; stoisz właśnie przede mną. Proszę, powiedz mi.

Harry zaczął się wiercić.

– Puść, Lunyk – zażądał. Remus pozwolił mu ześliznąć się na ziemię, ciągle patrząc na Danger. Powinienem jej powiedzieć? To niezgodne z prawem, ale ona i tak już chyba wie…

– Tak – odpowiedział w końcu. Zasługuje na prawdę, choćby tylko ze względu na ból w jej oczach.

– Dzięki Bogu – westchnęła Danger. – Nie było innego wyjaśnienia.

– Wyjaśnienia czego?

Zamknęła oczy na chwilę.

– Byłam w szkole. Poszłam odebrać Neenie ze żłobka i wróciłyśmy do domu. A moi rodzice… leżeli w salonie, martwi. Mieli taki wyraz twarzy…– przerwała. – Nie potrafię go opisać.

– Ból – powiedział Remus, myśląc o Longbottomach. – Jakby umierali w bólu.

– Tak. – Głos Danger się załamał. – Nigdy nie zrobili niczego złego. Dlaczego oni? Dlaczego?!

– Ciemna strona straciła swojego przywódcę ledwie pół roku temu – powiedział cicho Remus. – Widziałaś to w swoich snach. Źli czarodzieje próbowali za wszelką cenę uniknąć więzienia, ale część z nich nie potrafiła się opanować. Proszę, uwierz mi, kiedy mówię, że chciałbym być w stanie ich zatrzymać.

– Wierzę ci – powiedziała Danger, skrywając twarz w dłoniach. – I dziękuję. – Wyprostowała plecy, wzięła głęboki oddech i ciągnęła. – Więc, po tym, co się stało, przyznano mi opiekę nad Neenie, znalazłam pracę, życie potoczyło się dalej. Moi rodzice byli lekarzami, zarabiali dość dobrze, więc miałyśmy trochę oszczędności, jako dodatek do mojej pensji. Ale wtedy zaczęły się sny. Obrazy, słowa, w końcu, wczoraj w nocy, cała historia.

– Tak, mówiłaś coś o ślubie?

Danger uśmiechnęła się blado.

– Powiedziałam coś więcej niż to, prawda? Tak, to był ślub. Byłam panną młodą i zdałam sobie sprawę, że nikogo z tych ludzi nie znałam. Poza moją druhną, była nią Aleta, moja przyjaciółka z dzieciństwa. Nie widziałam jej od lat, ciekawe co u niej… w każdym razie doszłam do ołtarza, spojrzałam na pana młodego – i to byłeś ty. Nie zrozum mnie źle, ale jeśli w rzeczywistości całujesz tak jak we śnie… a niech to.

– Dziękuję – powiedział Remus. – Chyba jestem zaszczycony.

– Och, to komplement, możesz mi zaufać – powiedziała Danger. – Byłam tak szczęśliwa, że cię widzę, że zapomniałam, że w ogóle cię nie znam – i nagle, wiedziałam o tobie wszystko. Co do joty.

– Wszystko? – Jak.. wszystko?

– Tak, wszystko. Na przykład gdy miałeś problem ze znalezieniem pracy, ponieważ musiałeś być, powiedzmy to tak, ‘nieobecny’ kilka dni w miesiącu, wszyscy z magicznego świata wiedzieliby dlaczego i baliby się, a nikt na świecie poza tym nie zniósłby tego, nawet jeśli by nie wiedzieli dlaczego.

Remus pokręcił głową, wyraźnie zakłopotany.

– Wiesz czym jestem, wiesz wszystko o mnie, i nadal obok mnie siedzisz?

– Nie każdy ma w sobie fanatyka – powiedziała Danger. – A poza tym, Harry cię lubi. Ufam jego opinii.

– Lubił też Syriusza – powiedział cicho Remus. – To Petera nie mógł znieść. Może nie być najlepszym w ocenie charakteru.

– Przepraszam?

– Znajomi.

– Przyjaciele?

– Dawno temu – Remus miał nadzieję, że zrozumie z jego głosu, że naprawdę nie chce o tym rozmawiać.

Danger milczała przez chwilę.

– Wierzysz mi? – spytała w końcu. – O tych snach?

– Nie wiem. Mogłaś dowiedzieć się tego, co wiesz, z innego źródła. Chociaż to jest mało prawdopodobne. Powiedzmy, że nie jestem przekonany.

– Myślę, że potrafię cię przekonać.

– Jak?

– Spytaj mnie o coś. Coś, czego nikt inny nie może wiedzieć.

– Coś czego nikt inny nie wie…– Remus myślał przez chwilę.. W porządku, zwykłe pytanie o imię powinno wystarczyć. – Jakie jest moje drugie imię?

– John – odpowiedziała szybko Danger. – Remus John Lupin.

Remus wpatrywał się w nią przez chwilę. Nie powiedziałem jej tego… tylko moje przezwisko, i tyle…

– Ja mam na imię Gertruda – dodała cicho Danger. – Gertruda Kelly Granger. Przekonałam cię?

– Tak – powiedział powoli Remus. – Tak, chyba tak.

– Chciałbyś napić się herbaty?

– Herbaty?

– U mnie. To niedaleko. Chciałabym powiedzieć ci o paru rzeczach. O snach. Coś, co powinieneś wiedzieć.

– Jeżeli nie jesteś zajęta…

– Mam wolne w pracy, więc jedyne co mam do zrobienia, to opieka nad Harrym, dopóki jego ciotka i wuj nie wrócą. Jest wspaniałym dzieckiem. Nie, nie jestem zajęta. To tylko parę ulic dalej…

-oOo-


Mały domek wydał się mu jeszcze bardziej zachęcający, kiedy deszcz postanowił wreszcie spaść z chmur zbierających się przez cały dzień. Remus zgodził się zostać „dopóki nie przestanie padać.” Danger – Remus nie potrafił jej nazywać Gertrudą – zmieniła Harry’emu pieluszkę, włączyła dzieciom telewizor i nastawiła wodę na herbatę.

– Sny są zawsze podobne, o ile nie takie same – powiedziała bez żadnego wstępu, siadając przy kuchennym stole. – Kakofonia, szaleństwo. Mieszanka koloru i dźwięku. Ale mogę wydobyć z tego fragmenty tu i tam. Dużo pomarańczowego, ale zawsze razem ze słowem czerwony. To mnie bardzo dziwi. Kiedy pomarańczowy jest czerwony?

Remus robił notatki w notesie, który leżał na biurku. Kiedy pomarańczowy jest czerwony?

– Razem z pomarańczowym i czerwonym, czy czymkolwiek, przebłyski czerni i brązu. A potem jakby ktoś krzyczał mi do ucha dwa wersy.

Czerwień z brązem, czerń z czerwienią
Ciemność wrogą w blask zamienią


– Ale nie mam pojęcia co to znaczy – skończyła z nutką zawodu w głosie, uderzając palcami w blat stołu. – Potem pojawiły się obrazy. Czterech chłopców. Jeden z nich to ty. Dwóch z ciemnymi włosami – jeden jest podobny do Harry’ego – i jeden taki szczurkowaty.

– Moi przyjaciele ze szkoły – powiedział Remus. – Mówiliśmy na siebie Huncwoci. Ten, który przypomina Harry’ego to jego ojciec, James. Ten drugi z ciemnymi włosami to Syriusz Black, a szczurkowaty chłopiec to Peter Pettigrew.

– Dziękuję – odparła Danger z ulgą. – Z imionami będzie łatwiej. Dalej widzę Jamesa, z czerwonowłosą dziewczyną, urywki spotkań, ślub, dziecko – Harry – i ty, Black i Pettigrew dookoła nich, robicie to co do przyjaciół należy. A potem wszystko się sypie. – Zadrżała. – Jeden z was przechodzi na stronę Mroku. Do jakiegoś strasznego faceta, który wygląda jak pokręcony wąż...

– Syriusz – powiedział Remus gorzko.

– Nie. Pettigrew.

– Co?! – Remus podniósł głowę do góry i spojrzał na nią z niedowierzaniem.

– To właśnie widzę – powiedziała Danger. – To zdecydowanie jest Pettigrew, który rozmawia z tym wężowatym człowiekiem. Pettigrew mówi mu gdzie ich znaleźć. Pettigrew zmieniający się w szczura. Potrafi to zrobić?

Trudno było mu jej uwierzyć, ale to ostatnie zdanie przesądziło sprawę. NIKT poza Huncwotami nie wiedział o tym.

A ja jestem ostatnim Huncwotem.

Teraz musi mówić prawdę, przynajmniej o tym.

A jeśli w tym przypadku mówi prawdę, to co z resztą?

– Tak, potrafi.

– Zrobił to tego dnia, kiedy wszyscy myśleli, że zginął – powiedziała Danger z przymkniętymi powiekami. – Zawsze widzę to w zwolnionym tempie. Krzyczy coś do Blacka, wyciąga ten krótki patyk z zza swoich pleców – zadrżała – odcina sobie nim jeden palec – Nie wiem jak, ani dlaczego…

– Jedyne co po nim znaleźli, to był palec – powiedział Remus cichym głosem. Zbyt dużo rzeczy miało tu nagle sens.

– A potem ulica za nim po prostu wybuchła, on zmniejszył się do wielkości szczura i uciekł, zanim dym się rozwiał. A Black patrzył na to miejsce gdzie przed chwilą stał Pettigrew i zaczął się śmiać. Potem przenoszę się do jakiegoś zamglonego miejsca i słyszę wiersz, który jest powtarzany dotąd, aż się obudzę, a wiersz jest tam nadal, w mojej głowie. – Danger przeczesała palcami włosy i uśmiechnęła się przepraszająco. – Zawsze wydawało mi się, że to tylko słowa, dopóki nie zaczęłam śnić. W końcu spisałam ten wiersz, a wtedy dał mi spokój. Chyba powinieneś go zobaczyć.

– Wydaje mi się, że tak – powiedział Remus ponuro. Kilka niewyjaśnionych kawałków układanki zaczęło się układać w całość. Szczególnie „Syriusz nigdy by nie zdradził Jamesa i Lily” i „Peter nie wygląda na takiego z rodzaju męczenników”.

– Proszę – powiedziała Danger, podając mu kartkę papieru, zapisaną do połowy równym pismem. – Przepisałam go na czysto kiedy byłam pewna, że wszystko się zgadza.

Czerwień z brązem, czerń z czerwienią
Ciemność wrogą w blask zamienią.
Wśród czerwieni szczur się schował,
co nie w kota wszak celował.
Sercu wierz, sądź ponurego,
prawda wróci życie jego.

Wilk w noc, która jasno świeci
w groźbie strachu już nie wznieci.
Dama serca to dzielnego,
przez jej dotyk – umysł jego.
Gdy ci, co zbawcę wybawili
połączą ród założycieli
ze świeżą krwią w tej przyjdzie chwili
Zwycięzcy pokój, czas nadziei.


– Te poprzednie dwa wersy się tu powtarzają – powiedział Remus, patrząc na wiersz.

– Wiem. Muszą być ważne – przytaknęła Danger.

– Ale nie rozumiemy o co tu chodzi, więc zajmijmy się kolejnymi.

– To do roboty.

Dwoje ludzi pochyliło się nad wierszem.


Razem z Danger [2]: Interpretacje


Advertisement

Customize
This page was loaded Nov 14th 2009, 12:44 pm GMT.