Welcome, welcome, welcome, my dear faithful readers. I do hope there are at least a few of you out there *winks* The link to the original can be found at chapter 1, if you reached chapter four I think you should know where to find the original story entitled "Living with Danger" by whydoyouneedtoknow. Happy reading, my dears! ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Zapraszam do lektury kolejnego rozdziału, mam nadzieję, że będzie się podobał na równi z poprzednimi. Poskramiaczka
Droga Aleto,
Wiem, że od dawna się nie kontaktowaliśmy. Tak naprawdę sam nie wiem, co napisać. Ostatnim razem, kiedy się widzieliśmy, świat wyglądał zupełnie inaczej. Chciałbym się z Tobą zobaczyć, dowiedziałem się o czymś, co może być ważne. Złapało mnie przeziębienie, więc muszę zostać w domu przez jakieś dwa dni, ale potem jestem do dyspozycji. Czekam na odpowiedź, nawet jeśli miałoby to być „nie”.
Pozdrawiam,
Remus Lupin
Remus odłożył pióro i przeczytał list jeszcze raz. Chyba jest w porządku.
I dobrze. To już czternasta wersja.
Pomachał chwilę pergaminem, żeby przyspieszyć wysychanie atramentu, złożył go i zaadresował: Panna Aleta Freeman. Podszedł do kominka.
– Incendio! – szepnął i wrzucił garść proszku Fiu w rozpalony ogień. Uklęknął na kocu, który wcześniej ułożył na cegłach.
– Poczta Londyn – powiedział i włożył głowę w płomienie.
Kiedy przestało wirować, zobaczył wnętrze poczty na Pokątnej. Jedna z urzędniczek, niska blondynka, podeszła szybko.
– Dzień dobry, w czym mogę panu pomóc?
– Chciałbym wysłać list. Ile kosztuje wynajęcie sowy?
– Przesyłka krajowa czy zagraniczna?
– Krajowa. Przynajmniej taką mam nadzieję. Z tego, co słyszałem, Aleta mieszka w Londynie.
– To będzie czternaście knutów. Mam obciążyć pana skrytkę czy zapłaci pan teraz?
– Zapłacę od razu – Remus przeszukiwał kieszenie, aż znalazł sykla i wrzucił go w ogień. Liczył cicho. Raz, dwa, trzy…
Sykl zadzwonił o podłogę poczty.
– Pańska godność i adres? – spytała czarownica, podnosząc monetę.
– Remus Lupin, ulica Oxman 17, Cold Crossing, Surrey. – Piętnaście minut drogi od Little Whining. Tylko tyle. Sześć miesięcy martwiłem się o Harry’ego, a on cały ten czas był tylko kwadrans drogi stąd… Nic dziwnego, że Dumbledore nie chciał zdradzić, gdzie go ukrył.
Urzędniczka zapisała dane i wróciła do niego z garścią knutów.
– Pańska sowa przyleci za około pół godziny. – Wsypała monety do lejka, który wisiał przy kominku. Remus był bardzo wdzięczny, że wylądowały na podłodze, a nie na jego twarzy. – Dziękujemy za skorzystanie z usług poczty na Pokątnej, życzymy miłego dnia.
– Nawzajem – Remus wyciągnął głowę z kominka, kaszlnął raz czy dwa i zebrał knuty, które leżały przed paleniskiem.
Pół godziny. Wystarczy czasu na lekki lunch
Podczas przygotowywania kanapki Remus wracał myślami do Harry’ego i Danger. On i Neenie chyba naprawdę się lubią, o ile dwa dzieciaki cokolwiek mogą lubić. Na pierwszy rzut oka widać, jak mocno związał się z Danger. Pewnie jest dla niego jak matka, której tak bardzo potrzebuje.
Ale potrzebuje też i ojca. Tak jak Neenie. A one nie mają nikogo…
Przerwał tę myśl w pół zdania.
Nie mam prawa o czymś takim nawet myśleć. Spotkałem je zaledwie wczoraj, nieważne jakie są urocze czy miłe. Nieważne, że ta mała dziewczynka, podobno nieśmiała, polubiła mnie na tyle, że usnęła w moich ramionach. Poza tym, jestem beznadziejnie zakochany w jej siostrze…
No tak, przyznałem się do tego. Równie dobrze mogę to powiedzieć na głos.
Remus odłożył kanapkę i westchnął.
– Niech będzie. Danger bardzo mnie pociąga.
No tak. Pociąga mnie. Ale to się nigdy nie ułoży. Ja jestem wilkołakiem. Raz w miesiącu wpadam w morderczy szał i jedyne, czego wtedy pragnę, to krzywdzić ludzi. Żadnej osobie przy zdrowych zmysłach nie przyszłoby do głowy dzielić ze mną dom, nie mówiąc już o dwójce małych dzieci.
Z drugiej strony, żadna normalna osoba nie zostawiłaby dziecka w domu, gdzie ludzie, którzy powinni się nim opiekować, zamykają go w schowku!
Wszystko wskazuje na jedno.
Nie jestem normalny.
Ale Syriusz i James stwierdzili to już wieki temu…
Usłyszał ciche stukanie w szybę. Ach tak, sowa przyleciała. Dobrze.
Otworzył okno, a ptak wleciał do pokoju, po czym przycupnął na oparciu jednego z krzeseł. Otworzył list do Alety i dopisał jeszcze trzy słowa:
PS. Chodzi o Harry’ego. R.L.
– To powinno ją zaintrygować – mruknął.
Aleta była częstym gościem u Potterów, zaglądała do nich co najmniej raz w tygodniu poplotkować z Lily i pobawić się z Harrym. Silna i stanowcza, została pierwszą kobietą–pałkarzem w Hogwarcie od dziesięciu lat. Zawsze chciała mieć własne dzieci, ale Syriusz wolał stanowisko naczelnego wichrzyciela, najpierw spiskując przeciw swoim szefom, potem – kiedy wojna nabrała rozmachu – przeciw Voldemortowi…
Chciał się jej wkrótce oświadczyć… Chyba jakoś w listopadzie, marzył o ślubie na gwiazdkę…
Boże, ta sytuacja wygląda coraz gorzej. Śmierciożercy zniszczyli życie tylu ludziom… Lily i James, Syriusz, Aleta, Harry, ja… nawet Danger i Neenie cierpiały z ich powodu.
Podał list sowie, która chwilę później odleciała.
Przecież najważniejszą cechą ludzkości jest to, że potrafimy zaczynać od nowa. Może my, rozbitkowie losu, powinniśmy zrobić to razem? Osiedlić się gdzieś, odbudować nasze życie,pomagając sobie nawzajem?
To niemożliwe, zadrwiła cyniczna strona jego duszy. Śnisz na jawie.
Ta myśl przyczepiła się jednak do niego. Nie mógł się jej pozbyć. Może warto spróbować. Może jednak.
To tylko marzenie, ale przecież wszystko zaczyna się od marzeń…
-oOo-
Danger śniła.
Jechała drogą, której nigdy nie widziała, ale znała ją doskonale, jakby jeździła nią każdego dnia, lub raczej każdej nocy. Neenie spała na tylnym siedzeniu. Musiały się spieszyć, nie miały dużo czasu…
Zakręt w prawo, potem w lewo, i była na miejscu. Zaparkowała, i spojrzała na zegarek – 10:13 – zanim zgasiła silnik. Pobiegła do jednego z domków, weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi.
Miała tylko parę sekund, żeby się rozejrzeć, po czym usłyszała głośne uderzenia, trzaski, jakby ktoś rzucał czymś o ścianę, która uginała się pod naciskiem…
Nie, to nie ściana. Drzwi.
Tamte drzwi.
Wyglądały tak, jakby skrywały wejście do schowka, jednak coś tam było. Co więcej, to coś chciało się wydostać na zewnątrz.
Niewiele już brakowało, drzwi ledwie się trzymały.
Jeszcze ze trzy uderzenia, pomyślała Danger, odchodząc na bok.
Jeszcze dwa.
Jedno.
Trzask.
Drzwi rozleciały się w drzazgi. Ze schowka wyłonił się szary, włochaty kształt,. To coś stanęło w korytarzu i zawyło triumfalnie.
Wilk.
Nie, wilkołak.
Remus. To musi być on.
Wilkołak zauważył Danger i warknął.
Danger pomyślała, że powinna się bać, ale nie miała na to czasu. Skoncentrowała się na tym, co musiała zrobić…
Wilkołak skoczył w jej kierunku, gotowy gryźć. Kucnęła. Siła odbicia sprawiła, że wilkołak przeskoczył nad jej głową. Danger dotknęła jednej z jego łap. Coś w rodzaju prądu przepłynęło między nimi i…
Usiadła wyprostowana na łóżku.
Szybko włączyła światło i rzuciła okiem na zegarek. 9:49.
Muszę jechać. Teraz.
Jeszcze nigdy wcześniej nie ubrała się tak szybko. Złapała Neenie i pobiegła na dół, otwierając drzwi do samochodu, zanim rozsądek zdążył się odezwać. Co ja wyprawiam? Wilkołaki nienawidzą ludzi, zabijają ich! Nie ma mowy, żebym to zrobiła!
Dwa dni temu nie wiedziałam, że wilkołaki istnieją naprawdę, powiedziała do swoich pełnych wątpliwości myśli. Więc cicho bądź.
Danger nie miała pojęcia, gdzie mieszkał Remus, poza tym że gdzieś niedaleko. Jednak tak jak we śnie, dokładnie wiedziała, jak ma jechać. Polecenia „tutaj skręć w prawo” albo „ostry zakręt w lewo za sto metrów” pojawiały się w jej myślach dokładnie wtedy, kiedy tego potrzebowała. To było dziwne uczucie.
Ciekawe, czy to dzięki mojej magii mogę odnaleźć drogę do każdego miejsca? Pewnie to nie jest jakaś potężna magia, ale może tak to wygląda, kiedy odkrywa się ją tak późno…
Zaparkowała samochód przed domem, który widziała we śnie, w chwili gdy zegar pokazał 10:13. Wbiegła na schodki przed wejściem, zastanawiając się, czy drzwi są otwarte. Były. Zamknęła je za sobą na klucz, po czym rozejrzała się dookoła.
Domek był niewielki, trochę zapuszczony, ale zamieszkany. Ruch na kominku przykuł jej wzrok – czarnowłose raczkujące dziecko uśmiechnęło się do niej. Miało znajomą twarz.
Harry. No i oczywiście czarodziejskie zdjęcie. To musi być ten dom.
W tej samej chwili usłyszała dźwięki dochodzące ze schowka.
Zauważyła, że teraz, na jawie, się boi. Bez mała zamarła ze strachu. Uciekłaby, gdyby nie jedna rzecz.
Jeżeli nic nie zrobię, on wyjdzie z domu i napadnie na kogoś, może nawet zabije. A rano, kiedy zorientuje się, co zrobił, to pytanie tylko czy zdąży popełnić samobójstwo, zanim go dopadną. Nie będzie w stanie żyć z tą świadomością.
A ja nie będę mogła żyć bez niego.
Jeśli kiedyś będę miała czas, zdecydowała Danger, muszę się upewnić, że nie zamieniam się w jakąś głupawo uśmiechającą się i mdlejącą panienkę.
Drzwi rozleciały się w drzazgi.
Wygląda na to, że jednak nie. Panienka już by dawno zemdlała…
Wilkołak ruszył w jej stronę, warcząc; zobaczyła, jak zbiera się do skoku. Przykucnęła. Szare ciało przeskoczyło nad jej głową. Ręka Danger wystrzeliła w górę i dotknęła wilkołaka, obejmując jedną z przednich łap – poczuła miękkie futro i tępe pazury…
Szok był dużo większy na jawie niż we śnie. Zdążyła tylko się zorientować, że przewraca się na ziemię; wilk padł obok niej. Jej ręka nadal obejmowała jego łapę…
-oOo-
Remus nagle odzyskał zmysły. Gdzie ja jestem?
Ostatnie, co pamiętał, to rozpacz. Zamknął drzwi do schowka dwie minuty przed wschodem księżyca i nagle zorientował się, że było na nich dużo więcej rys i pęknięć, niż powinno. Drzwi ledwie się trzymały. Najprawdopodobniej nie przetrzymają jego ataków tej nocy. Teraz było jednak za późno, żeby mógł cokolwiek zrobić.
Pewnie jestem gdzieś na wsi, prawdopodobnie poplamiony krwią, krwią jakieś niewinnej ofiary. Lub, jeśli miałem szczęście, nadal w schowku. Ale mam na sobie…
Szaty wyjściowe?
– Wszystko w porządku? – spytał znajomy głos, który dochodził z drugiego końca małego pokoju. Siedział tam Syriusz Black, ubrany w purpurowe szaty opierał się o kamienną ścianę. – Wyglądasz tak, jakby właśnie zdechł ci pies.
– Co się dzieje?
– On chce wiedzieć, co się dzieje – Syriusz wzniósł oczy do góry. – Jak mogłeś zapomnieć o własnym ślubie?
Co?
– Chodź już, czekają na nas! – Syriusz złapał Remusa za nadgarstek i popchnął go w kierunku drzwi. – Zaczynasz mieć wątpliwości? To wspaniała dziewczyna, sam bym ci ją sprzątnął sprzed nosa, gdybym nie miał własnej…
– Nie, nie – powiedział Remus, zdając sobie sprawę, co się dzieje. To sen. Tak. Tylko sen. – Nie, tylko się zamyśliłem. Jestem gotowy.
– Dobrze. Idziemy.
Wyszli do – Wielkiej Sali?
Tak, to była Wielka Sala w Hogwarcie, ale Remus nigdy jej takiej nie widział. Zamiast stołów stały w niej w dwóch rzędach ławki, wypełnione gośćmi. Sala udekorowana była kwiatami i wstęgami. Remus i Syriusz stanęli na podium obok łysego czarodzieja w szatach Ministerstwa Magii. Syriusz bez mała popchnął Remusa w kierunku tego mężczyzny.
– Tak jak na próbach, Lunatyk – szepnął.
Chciałbym je pamiętać, Łapo! zadrwił w duchu Remus, ale nie odezwał się ani słowem.
Muzyka przeszła w marsz. Przez halę przesunęły powoli wszystkie druhny, za nimi świadkowie. Zebrani wstali powitać pannę młodą.
Jej twarz zakryta była welonem, więc Remus nie mógł zobaczyć jej twarzy, ale spostrzegł od razu, kto ją do niego prowadził – nikt inny, tylko Albus Dumbledore. Remus rzucił okiem na gości. Ta druhna o brązowych włosach wygląda znajomo… nie znam tych rudowłosych… a ten świadek wygląda jak James, tylko że to przecież niemożliwe. A tam, obok Syriusza, stoi Aleta…
Panna młoda weszła na podest i odwróciła się ku niemu. Dumbledore uniósł welon. Remus spojrzał w parę błyszczących brązowych oczu wypełnionych radością. Uśmiechnął się w odpowiedzi, kiedy ją rozpoznał.
„Byłam tak szczęśliwa, że cię widzę, że zapomniałam, że przecież nic o tobie nie wiem”, usłyszał głos Danger w swojej głowie. „I nagle wiedziałam o tobie wszystko. Dokładnie wszystko.”
Kiedy podali sobie ręce, Remus zrozumiał, co miała wtedy na myśli.
Życie Gertrudy Kelly Granger odegrało się przed jego oczyma w przyspieszonym tempie. Te kilka sekund wystarczyło, aby poczuł, jakby znał ją od lat.
Zawsze uwielbiała książki i była lekko roztrzepaną, cichą dziewczynką, która kochała swoją rodzinę i dom. Prawie wcale nie wychodziła ze znajomymi, nigdy nie miała nawet chłopaka ani nie była na randce. Dobrze radziła sobie z dziećmi. Zakochała się w swojej siostrze w chwili, gdy po raz pierwszy zobaczyła jej drobną twarzyczkę. Pracowała na pół etatu, a jej życie było usłane różami – wszystko przychodziło jej bardzo łatwo.
Potem zginęli jej rodzice.
Gdyby nie Neenie, jej świat skończyłby się tego dnia, tak jak jego życie o mało nie skończyło się w zeszłoroczne Halloween. Jej rodzice byli dla niej całym światem, tak jak dla niego przyjaciele. Również ona, tak jak on, zastanawiała się nad samobójstwem. Ale Neenie jej potrzebowała, dla niej zmusiła się do walki.
Teraz potrzebują mnie. Harry, Danger i Neenie. Nie mogę ich zawieść.
– ... do końca swoich dni? – skończył czarodziej w oficjalnych szatach. Z bliska jego włosy wydawały się czerwone.
Remus zorientował się, że te słowa skierowane były do niego.
– Mm… tak.
Najwyraźniej to była prawidłowa odpowiedź, ponieważ mężczyzna odwrócił się do Danger i powtórzył pytanie.
– Tak. – Jej odpowiedź odbiła się echem po Wielkiej Sali.
– Mocą udzieloną mi przez Ministra Magii, ogłaszam was mężem i żoną. Możesz teraz pocałować pannę młodą.
Remus zrobił to, co mu polecono.
Przypomniał sobie, co powiedziała mu Danger.
„Nie zrozum mnie źle, ale jeśli w rzeczywistości całujesz tak jak we śnie… A niech mnie.”
Nawzajem, moja piękna. Nawzajem.
Zdecydowanie się zakochałem.
Po chwili kołysali się w rytm spokojniej muzyki. To chyba jest Bach, pomyślał Remus.
Danger uśmiechnęła się szelmowsko.
– Rozwiązałam następny fragment wiersza.
– Naprawdę?
– Tak mi się wydaje. Posłuchaj:
Wilk w noc, która jasno świeci W groźbie strachu już nie wznieci Dama serca to dzielnego, przez jej dotyk - zmysły jego
– Wilkiem jesteś ty, oczywiście. „noc, która jasno świeci” oznacza takie noce, kiedy jest jasno, czyli pełnie księżyca. Pierwsza linijka dotyczy ciebie. – Oparła głowę na jego ramieniu. – Mój ty przystojny wilku.
– Czy groźba w drugiej linijce oznacza ciebie? – spytał Remus.
– Wydaje mi się, że tak. – odpowiedziała Danger, nie podnosząc głowy. – Trzecia linijka też. Imię „Gertruda” znaczy tyle, co „wojowniczka”, czyli linijka „Dama serca to dzielnego” będzie się odnosić do mnie. – Podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. – Te trzy wersy sprowadzają się do tego, że nie boję się ciebie, kiedy się zmieniasz.
– Nie boisz się?
– No… za pierwszym razem się bałam. Ale nigdy więcej.
– Dlaczego nie?
– Kiedy się przemieniasz, tracisz swój ludzki umysł, prawda?
– Tak.
Uśmiechnęła się, a Remus po raz kolejny zauważył, jaka jest piękna.
– Dzisiaj odkryłam, że moja magia to odwraca. Jestem Poskramiaczką wilkołaków. Kiedy cię dotykam po transformacji, odzyskujesz zmysły. Odzyskujesz kontrolę.
Odzyskuję kontrolę… Na Merlina, czyżby to oznaczało…
Nigdy już nie będę się musiał bać. Nikt nie będzie się bał mnie. Nie będę się gryzł ani drapał podczas pełni, więc nie będę musiał zostawać w domu dzień później. Mogę mieć normalne życie.
Jeśli to tylko prawda.
Boże, spraw żeby to była prawda!
Problem polega na tym, że tylko Danger potrafi to zrobić. Musiałbym cały czas być blisko niej.
Patrząc na kobietę w swoich ramionach zaczął żałować, że ten ślub nie odbył się na jawie.
Nie wydaje mi się, żeby to był jakiś wielki problem…
– Nie możesz już powiedzieć, że mnie nie znasz – uśmiechnęła się do niego Danger, gdy muzyka przycichła. – Wiemy teraz o sobie wszystko. Tak więc nie mam oporów, żeby to powiedzieć. Kocham cię, Remusie Lupinie, wilku mojego serca.
Remus poczuł, jak drży mu głos, kiedy zaczął mówić.
– Kocham cię, Gertrudo Granger, Danger, groźbo mojego życia.
Danger uniosła brwi.
– To brzmi okropnie.
Remus roześmiał się.
– Prawda…
Syriusz i Aletha tańczyli nieopodal. Dumbledore zaprosił Minerwę McGonagall na parkiet. Druhny i drużbowie dobrali się w pary, rudzielec w każdej z par…
– Ten czerwony w wierszu – zaczął powoli Remus. – Czerwony, którzy tak naprawdę jest pomarańczowy. Czy może to być kolor włosów?
– Wydaje mi się, że tak – odparła Danger, podążając za jego wzrokiem. – Ale o to będziemy się martwili jutro.
Kiedy tak tańczyli, zagubieni w muzyce, Remus nie mógł powstrzymać się od pragnienia, żeby jutro nigdy nie nadeszło. |