Home
Keep your paws off my...
T: Póki co 

Advertisement

Customize
26th-May-2007 02:23 pm
mhrrrrr
This short translation was done as a birthday present for my dear and lovely beta - Verity. Let her live a hundred years, beta-read my stories with all her might and be good. Happy Birthday, love!



The story I chose for my translation was written by [info]phoenixfyre13   and is called For now.


Ten tfór translatorski powstał dla Verity z okazji osiągnięcia pełnioletności. Niech nam Verity długo szyje, owocnie betuje [[ukłony i buziaki]] i komentuje ile tylko ma sił. Sto lat, sto lat!


Tytuł oryginalny: For now
Tytuł polski: Póki co
Autorka: [info]phoenixfyre13 
Link: TU

Występują: Mistrz Eliksirów, pozostałych osób zdradzę, niespodzianka!
Ostrzeżenia: Pewną rolę odgrywa tutaj ognista whisky. Plus nieco odważne słownictwo. Osoby wrażliwe proszę o opuszczenie sali.
A/N: Wielkie, przeogromne dzięki dla Manarai za błyskawiczną betę.



Na ścianach drżały cienie, tańczyły w rytm migotania ognia w kominku i płomieni świec. Severus Snape siedział w swoim gabinecie i skupiał spojrzenie na stojącej przed nim szklaneczce ognistej whisky. Jego ciemne oczy wydawały się jeszcze czarniejsze niż zazwyczaj, a twarz ściągnęła się w maskę zamyślenia, kiedy tak wpatrywał się w bursztynowy płyn. Ogień w kominku cicho trzaskał.

Jego myśli powędrowały do młodej czarownicy, którą spotkał dzisiaj przy bramie. Za nią szedł Potter, jak zwykle obrażony i znowu spóźniony na Ucztę Powitalną, która odbywała się zawsze na rozpoczęcie roku szkolnego w Hogwarcie.

Wydaje mu się, że wszystko ujdzie mu na sucho. Snape zmarszczył brwi, wspominając tego zarozumiałego smarkacza Pottera, który szedł do bram szkoły spacerkiem, jakby miał do tego prawo kiedy tylko mu się to zamarzy. Wszelkie reguły miał w głębokim poważaniu, nie działały na niego żadne kary – zupełnie jak na jego ojca. Twarz nauczyciela wykrzywiła się w grymasie, kiedy pomyślał o nadchodzącym semestrze. Potter może sobie myśleć, że nie można mu nic zarzucić, zwłaszcza z jego ocenami z Obrony przed Czarną Magią, ale w tym roku… Snape wypił łyk ognistej, czując, jak alkohol pali go w gardle, ogrzewa żołądek – zupełne przeciwieństwo tego chłodu, który przenikał go do szpiku kości, kiedy pomyślał o zadaniu, które czeka go w tym roku.

Ale w tamtym momencie jego spokój zakłócały najbardziej myśli o Nimfadorze Tonks.

Otarł usta dłonią i zacisnął wargi na myśl o niej, tak samotnej, tak drobnej i kruchej, jakby była z najdelikatniejszej porcelany. Jej włosy przybrały kolor mysiego brązu i zwisały bez wyrazu dookoła jej twarzy. Młoda aurorka, gdziekolwiek by się nie pojawiła, zazwyczaj wzbudzała irytację i rozdrażnienie w swoim otoczeniu. To przez te jej obrzydliwie różowe włosy nie raz żałował, że nie wziął ze sobą okularów przeciwsłonecznych na spotkanie Zakonu. Jedna wielka chodząca katastrofa. I te jej szaty. Ale tym razem, zamiast irytacji, która towarzyszyła mu przy każdym spotkaniu z Tonks, czuł coś innego, coś, co było obce jego naturze i o wiele bardziej niepokojące niż jakakolwiek wściekłość.

Litość.

Róż zmienił się w szarobury brąz – jej oczy, ubrania, nawet jej aura magiczna przybrały mysi odcień, co sprawiało, że wyglądała na niezbyt zdrową. Na zrozpaczoną. Była tylko jedna osoba na świecie, która mogła spowodować tak ogromną zmianę w jej wyglądzie i zachowaniu.

Remus Lupin.

Zapewne wydawało im się, że dobrze się ukrywają, ale Snape zauważył to od razu, dokładnie w chwili, w której pojawił się na pierwszym spotkaniu Zakonu tego lata. Szybkie, ukradkowe spojrzenia, zaróżowione policzki, znaczące uśmieszki. Dla każdego, kto posiadał choć parę szarych komórek, było oczywiste, że coś się święci. Snape nie był w żadnym wypadku romantykiem, tak po prawdzie było wręcz przeciwnie, ale nawet jemu nie umknęło wiszące w powietrzu napięcie. A może zwłaszcza jemu – jako że za każdym razem, kiedy patrzył na młodą czarownicę, w jego umyśle pojawiały się zupełnie nieoczekiwane i niepożądane obrazy. Przedstawiały ją przeważnie bardzo skąpo ubraną, bezbronną, leżącą na jego łóżku, a on ją całował – na tyle mocno, że jej wargi czerwieniały i nabrzmiewały. Odkrywał każdy zakamarek jej ciała, jak wielki odkrywca, polując na ukryte tam skarby. Pojawiały się obrazy, o których nie śmiał – albo raczej zabraniał sobie – nawet fantazjować.

Za każdym razem, kiedy na nią spoglądał, irytacja walczyła w nim z pożądaniem, ale nauczył się opanowywać to drugie z ogromną pomocą tych pierwszych. Sądząc po spojrzeniach, które kierowała w jego stronę, pełnych pogardy i złości – jakże łatwo można było odczytać to, co czuje! – jego strategia działała bez zarzutu. Pasja i frustracja zrobiły swoje – teraz, kiedy na nią patrzył, widział tylko młodą, irytującą czarownicę, która nie była w stanie przejść obok stojaka na parasole bez przewracania się. Jakże łatwo było mu opanować swoje żądze, kiedy robiła z siebie cholerną idiotkę.

Ale dzisiaj… Snape jednym haustem wypił resztę whisky, myśląc o jej pustych oczach i zgarbionej sylwetce. Ale tym, co rozzłościło go najbardziej – co spowodowało, że przyszedł do swojego gabinetu i topił frustrację w butelce ognistej – był srebrzysty kształt, który powitał go w przedsionku, drwiąc sobie z niego samym swym istnieniem, jeszcze zanim pojawiła się z Potterem pod pachą.

Pieprzony wilk.

Musiał przyznać, że zaskoczyła go zmiana formy jej Patronusa. Nie sądził, że nadal będzie o nim marzyć, nawet jeśli zostanie odrzucona – o kimś, kto opuścił ją, aby żyć wśród swoich. Stała tam przed nim – zagubiona, pusta, załamana, tak że chciało mu się krzyczeć, chciał zmusić ją do zrozumienia, że Remus Lupin nie jest wart tego, by się z jego powodu załamywać.

Złość powróciła. Snape zerwał się z krzesła, po czym zaczął krążyć od ściany do ściany przed kominkiem, wciąż ściskając kurczowo w dłoni szklankę po whisky. Mógłby zabić tego cholernego mieszańca za to, co zrobił Tonks. Mógłby zabić ją za to, że na to pozwoliła. Mógłby zabić samego siebie, za to, że temu nie zapobiegł.

Mając dość tych niepożądanych myśli, Snape odwrócił się nagle i cisnął szklanką w kierunku ściany. Z ponurą satysfakcją obserwował, jak uderza w gzyms kominka i rozbija się na tysiące kawałków. Kiedy ucichł brzęk spadających odłamków, Snape wypuścił powietrze z płuc, przeciągnął ręką po włosach, dając wyraz swojej frustracji. Nie mógł sobie pozwolić na takie myśli. Przede wszystkim musiał stworzyć dystans między sobą a tymi ludźmi – między sobą a tym życiem, które co prawda był dalekie od perfekcji, ale jednak znośne.

Za kilka miesięcy to wszystko się zmieni. Stał przed czymś, co go przytłaczało, jednak było konieczne. W imię przyszłości czarodziejskiego świata – nie mógł zawieść. Dotknął dłonią miejsca, w którym znajdował się Mroczny Znak – tak jakby sam gest przypominał mu o tym, co będzie musiał zrobić, co być może będzie zmuszony poświęcić. Nie ma miejsca na nic – nikogo – więcej. Wszystkie myśli, nadzieje i sny o tym, co mogłoby się wydarzyć, należy odsunąć na bok.

Póki co Nimfadora musi sobie radzić sama. Jak wszyscy.

Advertisement

Customize
This page was loaded Nov 14th 2009, 12:44 pm GMT.