Home
Keep your paws off my...
Recent Entries 

Advertisement

Customize
3rd-Sep-2009 07:30 pm - Polcon, Polcon, i po Polconie
filiżanka
Organizatorsko.

Pierwszy raz byłam na Polconie i uczucia mam dość mocno zmieszane. Kto był, ten widział chaos organizacyjny i chwilami kompletną bezradność, a także parę osób, które mimo iż nie należały do ekipy organizatorskiej, łatały braki, gdzie się dało. Na większość rzeczy można było przymknąć oko, ale jedno zirytowało mnie szczególnie - brak szatni, w której można by było zostawić bagaże w niedzielę, po odptaszkowaniu się z akademika, a jeszcze przed wybyciem na dworzec. Tak więc telepałam się z torbą, torebką, gustownym, axn-owym parasolem i kurtką, które nie mieściły się do żadnego bagażu, w niedzielę na prelekcje. Musiałam też upomnieć się o kartę do głosowania na Nagrodę - bo się okazało, że w stercie makulatury, którą dostałam przy akredytacji, karty do głosowania nie było. Wisienką na torcie była zmiana lokalizacji Gali Zajdlowej na kilka godzin przed i zdecydowanie zbyt mała liczba gżdaczy pokazujących drogę do nowego miejsca (a odbywało się to kawałek spacerem od głównego budynku). Szumnie zapowiadane targi - skromne, spodziewałam się naprawdę czegoś więcej, niż z grubsza tych samych stoisk, które zazwyczaj można spotkać na każdym konwencie. Jedyny plus to zgromadzenie wszystkiego w jednym miejscu, a nie rozrzucenie po rozmaitych kątach i kącikach danej szkoły.

Prelekcyjnie.

Z jednej strony było w czym wybierać, a z drugiej - było mizernie. W piątek zaliczyłam jedną z wielu prelekcji Marcina Przybyłka, o kosmitach na ziemi (zresztą - o czym by nie mówił, to warto go posłuchać, bo to mądry człowiek jest) i spotkanie autorskie z Torojką (kto nie był, niech żałuje, ciekawych rzeczy się dowiedziałam), a potem zwiędłam byłam nad plastikowym kuflem piwa z sokiem malinowym. W sobotę byłam na spotkaniu z Runą pt. Dziesięć sposobów jak spaprać dobry pomysł i nie wydać książki oraz na Forum Fandomu (oj, działo się, działo...) i na zakończenie tego pięknego dnia - na Gali Zajdlowej. W niedzielę zjawiłam się jeszcze na Szarlatanach i szarlatanerii mejd baj Toroj (dermoczytanie, filipińskie uzdrawianie... było na co popatrzeć), a potem zwiędłam po raz kolejny, tym razem na ławeczce przed głównym budynkiem, a potem odtransportowałam się na dworzec i do Wa-wy, zasypiając po drodze w pociągu co najmniej jeszcze raz.

Wnioski ogólne z programu poza tym? Miernie. Spotkań autorskich poza nominantami do nagrody - niewiele. Pierwsze moje wrażenie po przejrzeniu programu brzmiało: ile można słuchać Marcina Przybyłka, Kuby Ćwieka i Cholewów dwóch na zmianę? Mieli chyba minimum po pięć prelekcji. Nie żebym ich nie lubiła, bo lubię, ale wyglądało to po prostu na zapychanie dziur w programie.

Fandomowo.

Jak widać po powyższym, nie jestem zbyt aktywnym uczęszczaczem prelekcji - wolałam w sobotę na przykład popełznąć do Manu na spotkanie z [info]swistus, [info]yoda_mith i [info]teddy_vinci niż kwitnąć na spotkaniu z Jackiem Dukajem, chociażby, czy Staszkiem Mąderkiem. Dziękuję wam dziewczyny za kawę, było bardzo miło się spotkać znów, i ja chcę jeszcze raz!!!

Poza nimi udało się porozmawiać z całą bandą ludzi, posiedzieć i pokiwać się nad kuflem z piwem, czy to pod parasolami pod głównym budynkiem, czy to w knajpie konwentowej. Strasznie fajnie, jak tak się w zasadzie jedzie na konwent samemu, pospotykać znajomych w bufecie, przed prelekcją, na prelekcji, pod parasolami, na korytarzu w akademiku, i generalnie wszędzie, gdzie się tylko da. No i przy okazji zyskuje się towarzystwo na powrót do stolicy ;) Pod tym względem absolutnie nie mam powodów do narzekań, bo bawiłam się świetnie :)

Z innej beczki - Forum Fandomu. Po raz pierwszy uczestniczyłam w takim zgromadzeniu i muszę powiedzieć, że ciekawe to uczucie, jak się siedzi i ma wpływ na różne rzeczy. Jak się słucha o pewnych rzeczach "od kuchni". Jeszcze nie do końca się orientuję w wielu rzeczach, to prawda, ale jakoś tak... fajnie było posiedzieć i posłuchać. O.

Zajdlowo.

Po raz pierwszy głosowałam. Dokładny rozkład moich głosów niech zostanie tajemnicą, ale z wyniku jestem zadowolona. Książkowo - jak najbardziej, Rafałowi ta nagroda się zasłużenie należała. Miałam jeszcze dwa typy, które byłyby równie zasłużone, mówię o wiedźmie.com.pl i o Nikcie, ale też wychodzę z założenia, że sama nominacja jest tu wyróżnieniem. A jeśli ktoś Kameleona nie czytał, to polecam. Naprawdę warto. A pan Darda, co to niczym Filip z konopii wyskoczył i znalazł się w gronie nominowanych, nawet się nie pojawił, co również stało się źródłem żartów i dowcipów zgromadzonej gawiedzi ;) Co do opowiadań - poza Dukajem, który sam otwarcie przyznał, że nominacją jest zaskoczony, bo "ja wcale opowiadania nie napisałem", nie było tekstów słabych.

Sama Gala Zajdlowa była bez wątpienia ciekawym wydarzeniem - zwłaszcza, że połączono ją z pokazem krótkometrażowego filmu "Tam i z powrotem" na podstawie jednego z opowiadań J.A. Zajdla. Film niezły, tego mu nie odmówię ;) A składanie gratulacji kilkanaście minut po tym, jak sami nagrodzeni usłyszeli, że są nagrodzeni - bezcenne.

Końcowo.

Sam konwent - cóż, jak to konwent: mnóstwo znajomych ludzi, mnóstwo piwa, i ogólnie mnóstwo zabawy. Organizacyjnie kiepsko, jednak ludzie dopisali, więc w sumie nie było źle.
Z niusów innych - najpewniej będzie mnie można spotkać na EuroConie w Cieszynie - podziękowania tudzież zażalenia należy składać do Torojki, która mnie na to namówiła. Do zobaczenia na następnym konwencie!
14th-Jul-2009 09:19 am - HIATUS
bookworm
Jak już pewnie część z was zauważyła - znikłam z gadu, z tlenu, z Mirriel. Póki co zaglądam jeszcze nieregularnie na LJ, ale lada chwila i to się skończy. Do 31 lipca mam oddać całość Dzieua Mojego Szycia, żeby móc się bronić we wrześniu. Wariactw z promotorem ciąg dalszy - w sierpniu i w pierwszej połowie września jest na urlopie. Trochę sobie pluję w brodę, że wybrałam go na promotora, no ale jak go wybierałam w połowie czwartego roku, nie mieliśmy pojęcia, że na mój piąty rok po prostu nas oleje i sobie pojedzie gdzieś ełej. A jak się dowiedzieliśmy, to na zmianę promotora było już tak trochę późno. I nawet jeśli - nie bardzo było na kogo (nie ma to jak wybranie tematu najpierw, a potem dopasowywanie pod to promotora z listy dostępnych...).

Real-life zaczęło pochłaniać mój czas w zdecydowanej większości (a kiedyś spać trzeba). Przeprowadzka na tak zwaną wieś (na drugi koniec miasta, przewożenie rzeczy bez samochodu to jest sajgon, w jedną stronę - około 40 minut z obecnego miejsca zamieszkania), [info]ixolitefh, Dzieuo Mojego Szycia, prawie kościotrupkowanie się (patrz ostatnia notka)... to wszystko zajmuje jakieś nieprzytomne ilości czasu. Jeśli nie chcę dać się zwariować, muszę sobie poustawiać priorytety.

Podczas jednej z ostatnich wizyt na forum przed takim ostatecznym zniknięciem przyuważyłam też post pewnej pani, w którym oskarżała mnie o chłód i brak przyjaznego odnoszenia się do użyszkodników - ale na bora szumiącego i litościwego, czy na dzień dobry obcej osobie pozwolicie zwracać się do siebie per "Madziu"? Tudzież przykład z innego forum - "Virguś" (nick: Virgo). W realu taki tekst by nie przeszedł, a na forum niby jest usprawiedliwiony? Zostawiam pod rozwagę, bo jak zobaczyłam, że ma się do mnie o to pretensje, to się nieco we mnie zagotowało.

Banan :] )

Chciałam jeszcze niniejszym pogratulować [info]arienek tego . I ogłosić, że jak tylko wyjdzie, to nabywam i ustawiam w kolejce po parafkę z dedykacją. I tak w ogóle, to w tym zbiorku zadebiutuje dwoje moich znajomych (o ile nie troje - jakiś czas temu obiło mi się o uszy, że chyba ktoś jeszcze z forumowiczek mirrielowych miał się tam znaleźć, tylko nie pamiętam nijak kto, a nazwisk nie rozpoznaję). Tylko się cieszyć :] I gratuluję raz jeszcze.

I tym samym idę dłubać różne dziwne tam takie, diunowate. Trzymajcie kciuki.
Magd.

PS. Kupiłam sobie skakankę, taką z licznikiem obrotów. Tylko jeszcze muszę wymyślić sprytny sposób jak ją skrócić, bo jest za długa dla mnie. Ma taki dynks do skracania, ale jeszcze nie wymyśliłam, jak on działa, a popsuć nie chcę. O.

PPS. Przeczytałam 25 książek z mojej Listy Stu. Tak jak przewidywałam - wszystkiego nie dam rady. Ale mam nadzieję, że jak już uporam się z Dzieuem, to uda się dociągnąć przynajmniej tak do 2/3 planu minimum :)
7th-Jul-2008 07:53 pm - Avangarda 2008
filiżanka
Byłam na kolejnym konwencie i muszę powiedzieć, że się rozczarowałam. Owszem, była to okazja, żeby iść gdzieś do ludzi, posłuchać, co różni mądrzy mają do powiedzenia, ale problem polegał na tym, że tak naprawdę nie było wcale dużo do roboty.

Avangarda )
20th-May-2008 11:30 pm - Kotłowisko majowe
filiżanka
No i znów się zakotłowało w Gnieździe Piratów. Tym razem przygrywała nam szkocko-irlandzka muzyka, towarzystwo zebrało się przednie - między innymi [info]aleks_andra, [info]kirek_duglas, [info]garrett_black, [info]akinnore i wiele innych znakomitości, których na LJ brak - M.L. Kossakowska, J. Grzędowicz, Torojka ze Smokiem, Arthur z Minervą, Bzik, Ziaba, Wampir, Ginny i oczywiście ma skromna osoba. Całe piętnaście osób. Obsiedliśmy stół i rurę z piwem, sączyliśmy złocisty trunek, wprawiając się w coraz lepszy nastrój. Żartowaliśmy, śmialiśmy się i cieszyliśmy - wspólnie świętując urodziny Smoka i Arthura i oczywiście po cichu opijając moje pozbycie się kowadła. Teraz będę latać :)
I wiecie - po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna poczułam się szczęśliwa. Miałam dookoła siebie ludzi, którzy dobrze mi życzą, którzy się o mnie troszczą i martwią - ludzi, z którymi mogę opłakać coś, co straciłam, z którymi mogę wznieść toast "na pohybel s...", z którymi mogę cieszyć się tym, co zyskałam. KoHam was :)
Magd.

PS. Dowcip wieczoru:
- Czym się różni Polak w Wielkiej Brytanii od E.T.?
- E.T. znał angielski, miał rower i chciał do domu.


Dokumentacja fotograficzna )
16th-May-2008 08:36 am - Euforia
mhrrrrr
Dzika radość )
3rd-May-2008 10:32 pm - Wierzbięcenie
filiżanka
We miniony wtorek się było odbyło spotkanie z Bartoszem Wierzbiętą - absolwentem ILS-u (dla niezorientowanych: Instytut Lingwistyki Stosowanej UW), dialogistą i znanym tłumaczem - Nie muszę nikomu mówić, że to on przetłumaczył Shreka, a oprócz tego mnóstwo innych filmów dubbingowanych i nie tylko, prawda? Pełna lista tu.

Sala numer 8 w budynku mojego wydziału jest pokaźna, a jednak udało się człowiekom wypełnić ją po samiutkie brzegi. Atmosfera była gorrrąca, a pojawienie się obywatela B.W. nagrodzono oklaskami :) Opowiedział nam co nieco o sobie, o tym, jak tłumaczy filmy, o "wciskaniu kwestii między kłapy" i wspomniał o tym, jak przebiega współpraca z aktorami podczas nagrania.

Marcin, ludź, który prowadził spotkanie, zaprezentował nam kilka fragmentów filmowych z drugiej części Shreka, przy których cała sala się ukwiczała. Fragmenty poniżej, wraz z tłumaczeniami - było ich więcej, ale akurat te są kapitalne, ponieważ doskonale widać na nich „ulepszanie” tekstu oryginału, o które pytał Wierzbiętę Marcin:

"We're not going anywhere and that's final!"
„Nigdzie nie jedziemy, a zupa była za słona!”

"Who on earth are they?"
„Kim jest ten zielony pasztet?”

"Fine. Be that way."
„Idź się wypchaj do tapicera.”

Po czym wywiązała się dosyć długa dyskusja na temat tego, co tłumaczowi wolno w tłumaczeniu, na ile takie wstawki są dopuszczalne - takie "ulepszanie oryginału". Bartek powiedział coś ciekawego, o czym nie miałam pojęcia - przy pierwszym filmie miał sporą dowolność przy tłumaczeniu. W przypadku drugiego filmu wytwórnia nalegała na przesłanie tzw "tłumaczenia zwrotnego" i porównywali, na ile tłumaczenie jest zgodne z tym, co oni sobie umyślili, no i co więcej - na ile jest zgodne z pierwszym filmem.

I sam Wierzbięta przyznał, że z jednego fragmentu jest szczególnie niezadowolony. Chodzi o te fragmenty, gdzie wspomniano „The Muffin Man”. The Muffin Man to postać z rymowanki angielskiej, którą znają tam wszystkie dzieci. Pojawia się w pierwszym i drugim filmie.

W filmie pierwszym wyszło to fajnie, bo zamiast ichniego Muffin Mana pojawia się swojski Żwirek i Muchomorek:

Gingy: Okay, I'll tell you. Do you know the muffin man?
Lord Farquaad: The muffin man?
Gingy: The muffin man!
Lord Farquaad: Yes, I know the muffin man. W-Who lives down Drury Lane?
Gingy: Well, she's married to the muffin man...
Lord Farquaad: The muffin man?
Gingy: The muffin man!
Lord Farquaad: She's married to the muffin man...

Ciastek: Dobrze. Powiem. Żwirek kręci z Muchomorkiem.
Farquaad: Żwirek kręci z Muchomorkiem?!
Ciastek: TAK, ŻWIREK KRĘCI Z MUCHOMORKIEM!!!
Farquaad: A więc Żwirek kręci z Muchomorkiem...

Natomiast już w drugim filmie, ze względu na tę kontrolę ze strony wytwórni, musiał się ugiąć i nawiązać znów do Żwirka, mimo że tak naprawdę nie ma to do końca sensu. Jak sam stwierdził - celem tej sceny jest wprowadzenie postaci młynarza, nawiązanie do Żwirka nie było potrzebne. Ale cóż - pracodawca często siłą wyższą jest ;)

Shrek: Do you still know the Muffin Man?
Gingerbread Man: Yes, he's down on Drury Lane. Why?
Shrek: Because we're going to need flour. Lots and lots of flour.

Shrek: Masz jeszcze kontakt ze Żwirkiem?
Ciastek: Słyszalem, że ostanio kręcił z młynarzem...
Shrek: A tak, rzeczywiscie, Muchomorek mi się skarżył.

Spotkanie można uznać za udane - atmosfera była kapitalna, uśmialiśmy się aż miło. Przy okazji dowiedzieliśmy się co nieco o specyfice tłumaczeń na potrzeby dubbingu i na co należy zwracać szczególną uwagę, a także Wierzbięta powiedział parę słów o tłumaczeniu filmów z języków, o których nie ma się zielonego pojęcia xD Zdjęć nie ma, może się pojawią, jak dostanę je od samorządu, ponieważ mój aparat odmówił współpracy.

Na zakończenie Marcin poprosił, aby Bartosz podzielił się z nami jakąś uwagą końcową - z nami, jako z początkującymi tłumaczami. Rada brzmiała:

„Bądźcie dobrzy dla bliźnich.”


I jak tu go nie kochać? ;)
Magd.

EDIT: Zdjęcia do objerzenia tu: KLIK
23rd-Apr-2008 09:04 am - Igraszki z diablicami
mhrrrrr
Oj igrałam sobie, igrałam! Wywiało mnie do Uci na konferencję „Distortion of Reality in Translation?” (Zniekształcenie rzeczywistości w przekładzie?), która odbyła się na Uniwersytecie Łódzkim. Program dostępny tu a relacja mojego koła naukowego tu. Mistrzowskich i genialnych referatów było trochę – „Poetry of here and now translated there and then” (o przekładzie wierszy poetów z Liverpoolu z lat 60tych tłumaczonych w Polsce w latach 70tych), referat o oddawaniu w tłumaczeniu książki „Harry Potter i Czara Ognia” obcych akcentów – mowa oczywiście o Wiktorze Krumie i o Madame Maxime, Fleur i Gabrielle – w tłumaczeniu p. Polkowskiego. Genialna była prezentacja o tłumaczeniach Shreka – polskim, angielskim i niemieckim. I jeszcze na dokładkę Język ohydy u Irvina Welsha i rozmowy z tasiemcem. Rozczarował mnie jedynie ostatni referat – owszem, ciekawy, o przykazaniach tłumacza, ale był podawany w taki sposób, że za żadne skarby nie mogłam się połapać. Tempo karabinu maszynowego to mało powiedziane…

Ogólnie rzecz biorąc – konferencja genialna. Jacy ci ludzie wszyscy mądrzy… A co najlepsze, większość referatów, w jakiś przedziwny sposób, nawiązała do kwestii foregnisation vs. domestication – egzotyzacja vs. udomawianie. Chodziło głównie o przenoszenie pojęć kulturowych, obcych naszej kulturze. Jak na przykład różnice między Bożym Narodzeniem angielskim a polskim – o czym była mowa właśnie w referacie o poetach z Liverpoolu. Później zatrzymaliśmy się na tej samej kwestii przy przekładzie piosenek Toma Waitsa, i w zasadzie wracaliśmy do tematu przy prawie każdym referacie. Naprawdę było warto.

Po konferencji zaczęła się igraszek część druga. Spod budynku anglistyki (tak przy okazji, na elewacji są pszczółki. Cztery pszczółki. Czy też osy. W każdym razie takie pasiaste. I sowa na dokładkę.) porwała mnie [info]yoda_mith, spełniając przy tym wszystkie przesłanki porwania. Dlaczego? Hm… wraz z [info]swistus i Par vel Sal wsadziły mnie do samochodu i wywiozły do lasu. Jak to nie jest porwanie, to ja nie wiem, co to było *turla się* Rozłożyłyśmy się we cztery w domku nad jeziorem, obsiadłyśmy kominek w towarzystwie lampki różowego wina (a potem Jacka Soplicy i jałowcowych kuleczek), obejrzałyśmy „Igraszki z diabłem”, gawędząc sobie wesoło. Do szóstej rano. Wraz z [info]swistus stwierdziłyśmy bowiem o tej wspaniałej godzinie, gdy na dworze zrobiło się już w zasadzie jasno, że „Chyba wypadałoby się choć odrobinę przespać…” xD

Następnego dnia obsiadłyśmy znów kominek i odmawiałyśmy dawania oznak życia. Leżaczki i wygodne fotele są mrrrru… Krótki spacerek nad jeziorko też był milusi. Mrrrau. Mrrrau! Tylko pieski były mniej milusie. Ja jednak jestem wybitnie kocie stworzenie. Jak pies jest większy niż york miniaturka, to już się czuję w jego towarzystwie niepewnie...

I znów potwierdza się to, że barłogi to zuo. Bo u licha, dlaczego się tak tęskni potem… *chlip* *tęskni zapamiętale i z zacięciem*

A tak przy okazji, to nietypowe porywaczki były. Bo porwały, ale potem oddały, o! I jeszcze na dworzec wywiozły, do pociągu wsadziły… Zginąć, tudzież zaginąć, nie pozwoliły *turla się*

Do następnego razu!
Magd.
mhrrrrr
Proszę państwa, oto miś. A raczej obiecana relacja z Pyrkonienia.

Zabawa zaczęła się już w pociągu – kiedy to niewinne dziewczę przedkonwentowe wsiadło do pociągu relacji Warszawa – Poznań. Ściskając miejscówkę w garści wypędziło ze swojego miejsca delikwenta, usiadło, wyciągnęło książkę („Pan Światła”) i właśnie miało zamiar zagłębić się w lekturze, kiedy to usłyszało z boku:
„Na Pyrkon jedziemy?”
I skończyło się rumakowanie… eee… czytanie. Okazało się, że trafiłam do jednego z kilku przedziałów, w którym jechał na wyżej wspomniany konwent Białostocki Klub Fantastyki UBIK. Podróżowało się nam wesoło, tym bardziej, że towarzystwo w przedziale zmieniało się z dosyć wysoką częstotliwością, więc poznałam zdecydowaną większość ekipy.

W Poznaniu zaopiekowały się mną [info]le_mru i [info]akzseinga. Zginąć nie pozwoliły. Dotrzeć wszędzie bezpiecznie też naumiały. *dzię-ku-ję*

Pod spodem zdjęcia i inne takie :-p )

Advertisement

Customize
This page was loaded Nov 29th 2009, 9:08 am GMT.